Wspomnienia
Wszyscy oczekiwali śmierci Deryla. Ale ta miała nie nastąpić. Miało wydarzyć się coś zgoła innego. Deryl zaczął strzelać granatnikiem we wszystkie samochody przy ulicy, na oślep. Oberwało się też kilku mieszkaniom naprzeciw jego blogu. Wszędzie leciało szkło i odłamki cementu. To był koszmar, naprawdę. Snajper od razu zaczął strzelać, ale Deryl zupełnie jakby wyczuwając zamiar naciśnięcia spustu odskakiwał to w przód, to w tył, to na boki. To był chaos, wszyscy panikowali. Copperfield wybiegł z samochodu i wbiegł po schodach na ostatnie piętro budynku Deryla. Słyszał wybuchy i strzały snajpera uderzające o dach. Odczekał chwilę i wyskoczył po drabinie celując przed siebie pistoletem. Ale Deryl wiedział o tym, więc już czekał za nim z karabinem wymierzonym prosto w jego potylicę. Stał we wnęce kominu, co sprawiło, że dla snajpera był nieosiągalny. Wtedy Copperfield powiedział Derylowi, że jest robotem. Początkowo nie wierzył, ale potem podszedł do gzymsu budynku, zastanowił się nad sobą i skoczył. Upadek rozwalił jego metalową obudowę na kawałki. To był koniec Deryla, ale trąbiono o nim jeszcze długo po tej akcji. Deryl postanowił udać się na spacer do sklepu. Poczuł głód i chciał sobie po prostu trochę podjeść. Ubrał się, zabrał na drogę kolejnego papierosa i wyszedł z domu. Był zadowolony z siebie, ponieważ doskonale wiedział, że kilkadziesiąt oczu jest skierowanych tylko na niego, a właścicielom wszystkich par oczu bije teraz niesamowita pikawa. A on był spokojny, niemalże szedł z pół uśmiechem. Bo czym się martwić? To że jest chodzącym trupem wmówił sobie już dawno dawno, więc jesli miał zginąć, to proszę bardzo – był na to doskonale przygotowany. Nic nie mogło zburzyć jego równowagi. Dlatego kiedy dojrzał przyczajonego na dachu snajpera, tylko się delikatnie uśmiechnął. Ale nie do nich – tylko do siebie. To spowodowało dziesiątki pytań jego prześladowców składających się na jedno wielkie “czy nas widział?”. Wiele przecież od tego zależało – jeśli o nich wie, powinni już go zgarnąć. Ale nie mogą, ponieważ jest zbyt niebezpieczny i nieobliczalny. I wiadomo było, że ma kilkoro dzieci na koncie, uwięzionych niewiadomo gdzie. Wiedzieli jednak, że jeśli umrze, do dzieci nigdy nie dotrze pomoc i umrą z głodu – Deryl zadbał o to w najdrobniejszych szczegółach. Kiedy wracał ze sklepu, wzięło go na wspomnienia. Rozmyślał o tym, czego już dokonał. Prawie każda wiadomość w telewizji miała chwilę poświęconą jego osobie – nikt nie wiedział, jak do końca wygląda, bo napadów dokonywał w przeciwsłonecznych okularach i czapkach z daszkiem – za każdym razem innych. Jego skutecznością była szybkość i charyzma – najpierw rozmawiał z ludźmi za ladą, gawędził sobie beztrosko, uśmiechał się, szukał dojścia. Kiedy jednak wiedział o osobie dość wystarczająco – informacje o ludziach zawsze wyławiał w drodze rozmowy – wyciągał strzelbę, popularnego shotguna, sytuacja zamieniało się w dynamiczne piekło. Wszystko działo się natychmiastowo, kasa zaraz lądowała w plecaku, który ze sobą nosił, a potem wlewał je na konto, które udało mu się założyć bez dowodu – po długim flircie młoda kobieta obsługująca go postanowiła założyć mu konto, a dowód przywieźć później. To było takie proste. Wiele rzeczy zdobywał w taki sposób – poprzez uśmiech i cwaną rozmowę. Teraz wracał ze sklepu i dojrzał dwóch ludzi w nowym Renaulcie. Byli w garniturach. Niemal czuł ich głębokie oddechy, kiedy ich mijał.